Jestem poganiana, żebym wreszcie coś napisała... Wcześniej nie chciałam - jakże łatwo jest pisać o czymś, kiedy targają nami emocje. Długo nie umiałam uwierzyć w to, że papież jednak umarł, a przecież już od piątku wiedziałam, że nie wyzdrowieje, już wtedy modliłam się o dobrą śmierć dla Niego. W nocy z piątku na sobotę siedziałam długo przed telewizorem, bałam się, czekałam?... Gdzieś po 2:00 tvn pokazał krótki materiał z pielgrzymek Ojca Świętego do Polski, był tam wesoły, uśmiechnięty, żartował. I wtedy ogarnął mnie spokój - nie, mogę iść spać spokojna, tej nocy On nie odejdzie... Rano było tak samo, obudziłam się spokojna, jednakże szybko się poderwałam z łóżka, żeby włączyć tv... Te same materiały co w nocy, żadnych nowych wiadomości, brama spiżowa otwarta. Kiedy już nie umiałam wysiedzieć przed tv, czekając bo może zaraz wyjdzie Navarro i wygłosi jakiś nowy komunikat o zdrowiu Papieża. Poszłam do kościoła... Klęcząc w kościele w sobotę rano wydawało mi się, że już się z tym pogodziłam, powtarzałam: "Niech będzie wola Twoja Panie". Wydawało mi się strasznie egoistyczne proszenie Boga, żeby jeszcze nam Go nie zabierał i tym samym skazywanie Go na ból, na cierpienie. W sobotę wieczorem poszłam z Marteczką na czuwanie do kościoła Matki Bożej. Śpiewaliśmy, odmawialiśmy litanie, różaniec. W międzyczasie czułam wibracje telefonu - przychodziły kolejne łańcuszki. Na krótko przed 22:00 Marteczka wyciągnęła swoją komórkę z kieszeni, pokazuje mi smsa: "Papież nie żyje", przeszła mnie seria dreszczy, wpatrywałam się na szlochającą Martę, nie mogąc uwierzyć. W tym samym czasie na ołtarz wszedł ksiądz i powiedział głośno to, co przed momentem usłyszałam - dopiero wtedy to do mnie doszło. Niełatwo byłoby powstrzymywać łzy... Zaraz była msza w intencji papieża, pieśń na wejście - Barka. Było mi bardzo zimno... I tylko wpatrywałam się w obraz Matki Bożej, i tylko powtarzałam sobie, że teraz jest Mu już lepiej. Po mszy, kiedy już wyszłyśmy z kościoła sprawdziłam telefon - tata przysłał mi smsa o tej samej treści, a ja jednak go nie poczułam... Wróciłam do domu, na wszystkich stacjach przewijał się czarny pasek a na nim pewien napis... W kuchni przy oknie paliła się świeczka, a do mnie nadal to nie docierało. Położyłam się spać...
Przez następnych kilka poranków budziłam się strasznie samotna. Dlaczego? Przecież nigdy nie byłam na żadnym spotkaniu z Janem Pawłem II, nie wsłuchiwałam się jakoś szczególnie w Jego słowa... Relacje z pielgrzymek? Owszem, oglądałam... Może dlatego, że On zawsze był? Ja się urodziłam i On już był, był przez te 17 i 7 miesięcy mojego życia, po prostu był... A jednak były łzy i uczucie, jak po stracie kogoś bardzo bliskiego...
Czwartek, msza o 10:00 mojego LO, potem o 19:00 na Pl.Długosza, tysiące raciborzan... A w piątek najpierw msza i kościół wypełniony tak, jak w czasie pasterki i Triduum Paschalnego, a potem procesja ulicami miasta, znowu na Pl. Długosza. Tam tysiące ludzi ze świeczkami w ręku, śpiewaliśmy z całego serca Ojcu Świętemu, bo zasłużył na to... Jednak, choć przez kilka dni miało się wrażenie, że Ziemia przestała się kręcić - życie biegnie dalej... Stadiony nadal będą demolowane przez pseudokibiców, politycy niedługo też zaczną patrzeć na siebie wilkiem... Pewnie, że chciałabym, żebyśmy już zawsze byli dla siebie mili, uprzejmi. Czas jednak pokaże co z tych nieplanowanych rekolekcji w nas pozostanie. Czas pokaże...

I jeszcze jako ps napiszę, konkurs recytatorski, o którym pisałam wcześniej, był tak właściwie eliminacjami do właściwej części konkursu, która ma się odbyć 13 września. Z około 25 osób przeszło dalej 13. Ja szczęśliwie znalazłam się wśród tej trzynastki. I jestem z siebie bardzo dumna :)



Komentarze:

12.04.2005 :: 16:16
Motonitka (80.53.246.211)

Ja miałam podobnie. Modliłam się o zdrowie papieża,bo czułam taką potrzebe. Nie znałam go prawie wcale wiedziałam że jest Polakiem, że nazywa się Karol Wojtyła, że urodził się w Wadowicach i ile ma lat. Nie oglądałam transmisji telewizyjbych, dosłownie nic. Jak umarł było mi smutno, ale nie dochodziło do mnie kim był i jak wiele znaczył. Dopiero w dzień pogrzebu wieczorem pierwszy raz zapłakałam ,doszło do mnie że już go nie zobacze, że nie zdążyłam go poznać. Zmieniło się moje życie, na jak długo? Nie wiem, wiem ża na zawsze pozostanie w moim sercu.

« Powrót