Niezbyt najmilszy miałam ranek. Szpitale działają na mnie paraliżująco, przeraża mnie myśl, że miałabym się w nim znaleźć choćby na jeden dzień, a tymczasem nic nie wiadomo... Jedno jest raczej pewne, że 1 września nie zacznę nowego roku szkolnego razem z klasą moją, chyba że uda mi się wrócić ze szpitala na dziewiątą. Będę miała założony w czwartek taki jakiś aparacik, który ma zapisywać pracę mojego serca przez 24h, o 8:15 mam się stawić na Gamowskiej. Nie rozumiem po co te wszystkie badania, skoro ja się dobrze czuję?! Już rok odkąd wymyślono u mnie arytmię i latam do lekarza wte i we wte. Boję się... Nie wiem czy w czwartek będę musiała zostać na te felerne 24 godziny w szpitalu, nie mam zielonego pojęcia o badaniu Holtera, mnie osobiście się wydaje, że mnie puszczą do domu, ale i tak piątek w szkole stoi pod znakiem zapytania. Nie ma to jak zaczynać maturalną klasę od nieobecności na pierwszych lekcjach... Moja wyobraźnia przy okazji robi swoje i nakręcam się coraz bardziej na jeden wielki pesymizm.
Tymczasem dostałam taką jedną piosenkę, która postawiła mnie na nogi przynajmniej narazie. A szczczególnie pewna minuta i siedemnaście sekund z tej piosenki. Wspaniałe wokalizy zapierające dech w piersiach, delikatne szepty... Tak naprawdę to nie znajduję odpowiednich słów, żeby to opisać. Za każdym razem kiedy kończę słuchanie, czuję się lekko wyczerpana, może przez te emocje właśnie... Dziękuję Wam za to, że się do tych emocji przyczyniliście... I mam nadzieję, że za miesiąc będę mogła powiedzieć dokładnie o jaką piosenkę chodzi i że sami będziecie mogli ją usłyszeć...